Archive | internet
Pamiętacie informację jaka pojawiła się w mediach kilka miesięcy temu, na temat najlepszej pracy na świecie ? Dla tych co przegapili przypominam, że mianem tym okreslono następujące zajecie:
- gdzie: “opiekun” grupy wysp na australijskiej rafie koralowej,
- obowiązki: korzystanie ze wszystkich mozliwych dostępnych atrakcji i opisywanie tego na blogu,
- wynagrodzenie: 100 000 USD
- czas: 6 miesięcy
Chyba domyślacie się dlaczego jest to “the best job in the world“.
 Najlepsza praca na świecie
Pomysł chyba chwycił a co najważniejsze, chyba osiągnął zamierzone cele. Strona internetowa, na której bloger opisywał swoje przeżycia, była swego czasu tak oblegana, że nie można było się na nią dostać. Informację o konkursie na to “stanowisko”, podchwyciły i powieliły media na całym świecie. Już to wypromowało region. Zróbcie sobie ogólnoświatową kampanie reklamową za 100 000 USD. Niby niemożliwe. A jednak.
Myślę sobie, że takie działania sprawdziłyby się też w skali bardziej lokalnej. Blogerzy osiągają dziś często pozycję, której nigdy nie osiągną na przykład dziennikarze. Społeczność internetowa, bardziej ufa opiniom innych internautów blogerów, widząc w nich kogoś podobnego do siebie a nie “starego pryka” piszącego nudny artykuł na zlecenie.
Myślę, że akcję wymyśloną przez władze stanu Queensland, można spokojnie powtórzyć w naszym kraju. Co więcej, z o wiele niższym budżetem. Wyobrażam sobie, takie działania szczególnie w regionach popularnych wśród młodych ludzi. Dać wikt, opierunek i niewielką wypłatę trzem ludziom, którzy będą (oczywiście na koszt gminy/powiatu/województwa) korzystać z wszelkich atrakcji regionu w okresie np. wakacji i codziennie opisywać to na blogu. Wczesniej hucznie trzeba ogłosic konkurs i szukać odpowiednich osób. Tu szczególnie ważne jest bycie pionierem takiej promocji. Media w Polsce z ochotą podchwycą temat i będą podawać (za darmo) informację, która już sama w sobie w dużej mierze pozwoli osiągnąć cele kampanii.
W sumie to dziwię się, że nikt na to jeszcze nie wpadł. No chyba ze się mylę ale wtedy oznacza to, że skala była na tyle mała, że nie bylo o tym słychać.
Szanowni urzędnicy zarządzający regionami atrakcyjnymi turystycznie, zatrudniajcie blogerów ! To lepsze niż setki tysięcy złotych wydawane na nudne, przez nikogo nie zauważane ogłoszenia w prasie lub drogie strony internetowe, na które nikt nie zagląda.
Jakby ktoś słyszał o takim przypadku to czekam na info :)
Continue reading...
Jakby was ktoś spytał, jakie czynniki mają największy wpływ na rozwój międzynarodowego ruchu turystycznego, pewnie z łatwością wymienilibyście kilka, takich jak: odległość, przepisy wizowe, środki transportu i ich ceny, konflikty międzynarodowe itd. Ja, dorzucił bym jeszcze jeden, moim zdaniem nie mniej istotny: znajomość języków obcych. A raczej ich nieznajomość.
Pewnie nie raz usłyszeliście z ust, szczególnie osób starszych, że chętnie wybrali by się gdzieś za granicę ale nie znają języka obcego. Boją się, że mogą sobie na miejscu nie poradzić. Ci młodsi, którzy nie znają języków, często mówią po prostu, że wolą polskie morze :) Jakby to było pięknie mieć przy sobie tłumacza, co więcej takiego, co by “jeść nie wołał” i był na każde zawołanie.
 Google pomaga budować nową wieże Babel
Jak to pewnie mówią inżynierowie w Google: “mówisz i masz” :). Bo to właśnie Google może pomóc przełamać tą barierę. Coś co mogło by być snem twórców filmów science fiction, powoli dzięki Google, nabiera realnych kształtów.
A plan jest taki. Skoro mają już internetową usługę tłumaczenia “real time”, oprogramowanie do werbalizacji tekstu, telefon komórkowy z własnym systemem operacyjnym, to czemu tego wszystkiego nie połączyć i nie stworzyć aplikacji na komórkę, która tłumaczyła by ludzką mowę w czasie rzeczywistym ? Rewelacja. Oczywiście, wymaga to jeszcze duuużo pracy, pewnie minie kilka lat zanim pierwszy turysta pogada z tubylcem za pośrednictwem tego urządzenia ale chyba warto czekać. Szybko zleci. Co najciekawsze, Google skupi się na tłumaczeniu mowy potocznej i poprawnym wychwytywaniu kontekstu a nie jak większość internetowych tłumaczy, tylko na tłumaczeniu poszczególnych słów. Takie narzędzie będzie więc szczególnie użyteczne w codziennych kontaktach, po prostu luźna gadka.
Niedawno pisałem, że nadejdzie taki dzień gdy w podróż zabierzemy wyłącznie telefon komórkowy. Zastąpi nam kamerę, aparat, nawigację itd. Teraz, będzie kolejny powód żeby tak zrobić, tylko że ten telefon będzie prawdopodobnie pochodził od Google.
Wyobraźcie sobie, siedzicie w knajpie z chińczykiem, podajecie mu słuchawkę bluetooth, podłączoną do swojego telefonu i prowadzicie z nim rozmowę nie znając kompletnie chińskiego. Może nie za dwa ale za pięć lat wierzę, że bedzie to możliwe.
Wyobraźnia może nas ponieść jeszcze dalej:
- przewodnik turystyczny, który rozdaje słuchawki swoim słuchaczom niezależnie od tego z jakiego są kraju i oprowadza po zabytkach
- operator turystyczny, który wypożycza telefony z aplikacją swoim klientom na czas podróży
- rezydent, który nie musi znać języka kraju w którym przebywa (czasem bardzo egzotycznego)
Są tez minusy oczywiście. Trzeba będzie uważać co sie mówi w swoim języku ojczystym a szczególnie z obgadywaniem swojego rozmówcy. Plusy jednak wyraźnie przesłonią minusy.
Czekam z niecierpliwością na takie możliwości i już się zastanawiam, czy warto dzieci posyłać do szkoły anglojęzycznej :)
Continue reading...
Jakiś czas byłem nieobecny, nie fizycznie oczywiście ale wirtualnie, internetowo. Można powiedzieć, że przez ostatnie 3 tygodnie byłem na odwyku. Od internetu, turystyki, laptopa. I powiem szczerze, jest to ciekawe doświadczenie i kto wie, może jeszcze kiedyś to powtórzę. Na szczęście nie jestem pracoholikiem.
Co najważniejsze, taki odwyk pozwolił mi, jak mi się przynajmniej wydaje, nabrać pewnego dystansu do spraw, którymi się dotychczas zajmowałem. Zanurzony w potoku informacji dotyczących turystyki człowiek daje się porwać nurtowi. Teraz wydaje mi się jakbym stanął na brzegu. He he zabrzmiało poważnie.
Ale do rzeczy. Co mnie najbardziej przeraziło po włączeniu komputera, to liczba wiadomości w czytniku RSS, zawierających słowa “social”, “facebook”, “twitter”, “społecznościowe” itd. Oczywiście, wszystko w kontekście turystyki. Kurcze, że też wcześniej mnie to nie dziwiło ? Chociaż, jak się nad tym zastanowię, to i teraz mnie nie dziwi. Lekko tylko przeraża.
Pomyślałem sobie, że to trochę jakby “para idzie w gwizdek”. Przynajmniej z punktu widzenia naszego polskiego podwórka. Rozumiem, że media w kraju Wuja Sama, mogą podniecać się liczbami mówiącymi o popularności serwisów społecznościowych czy popularności poszczególnych profili firm turystycznych. Co chwila można przeczytać “odkrywcze” poradniki: “jak wykorzystać serwisy społecznościowe w turystyce”, kto zrobił najciekawsze działania marketingowe z wykorzystaniem “social media” czy rankingi, które firmy turystyczne mają najwięcej fanów. A jak to się ma do naszego kraju ? Chyba nijak. Trudno tu nawet mówić o innej skali podobnych działań. Po prostu, jak to obrazowo mówiono w czasach jedynie słusznego systemu: “jesteśmy 100 lat za murzynami”.
Nie wiem jak to się dzieje że tak jest. Mogę sobie posnuć kilka hipotez, które nie ukrywam są z palca wyssane. Dużo już pisano, na przykład, o opóźnieniu technologicznym naszych konsumentów. Pewnie to jeden z powodów. Nie mamy też dobrego serwisu społecznościowego, na którym dobrze będą się czuli ludzie, którzy mogliby być potencjalnymi klientami biur podróży. Nasza Klasa już się znudziła, zresztą, przerodziła się trochę w serwis “komu lepiej się udało w życiu”. Część internautów ucieka na Facebook, tam światowo i modnie. Tam też łatwo mogą zostać wyedukowani że to co polskie to gorsze a amerykańskie najlepsze. Tego polskiego tam mało a amerykańskie aż kuje po oczach.
Po chwili refleksji, dochodzę do wniosku, że nasza branża turystyczna nie ma parcia na serwisy społecznościowe. Sprzedaż nie idzie źle. Wiadomo, raz lepiej a raz gorzej ale generalnie raczej lepiej, bo takim jesteśmy rynkiem. Klienci z kasą ciągle są raczej offline a jak już są online, to wystarcza być wysoko w Google. Uświadomione i ambitne wyjątki wychodzą na “pionierów” badających “terra incognita”.
Czytając jednak media turystyczne, można dość do wniosku, że wszyscy tylko tym żyją. Warto czasami zrobić sobie przerwę, w ciekawy sposób może zmienić nasz punkt widzenia.
Continue reading...
 Travelocity Customize Deal
Przeglądałem ostatnio wyniki rożnych badań turystów i ich zachowań, na etapie planowania i kupowania wycieczki. Co mnie trochę zaskoczyło, duża grupa klientów rozpoczynając poszukiwania wycieczki, nie wie jeszcze gdzie pojechać ( w niektórych badaniach jest to nawet 30%). W większości pozostałych przypadków, klient wie już gdzie chce jechać (np. tam gdzie jeszcze nie był albo gdzie jeździ ciągle), w przypadku tej grupy niezdecydowanych, poszukiwania rozpoczynają się od szukania inspiracji.
Oczywiście, miejsc gdzie można się zainspirować jest w internecie wiele. Są to chociażby, różne portale podróżnicze, fora internetowe, galerie zdjęć itd. Problem w tym, że w wielu przypadkach, klient nie jest tak doświadczonym internautą, żeby te wszystkie strony przeglądać a w wielu innych po prostu nie ma na to chęci i czasu. Taki klient (na co tez wskazują badania), podejmuje decyzję dopiero w biurze podróży, pod wpływem rozmowy z konsultantem. Jest tutaj ukryty jeden haczyk (bo niby tylko się cieszyć że do nas przyjdzie), co w przypadku gdy jesteśmy internetowym biurem podróży, bez biura w realnym świecie ? Albo nasza lokalizacja praktycznie wyklucza nas z tej części rynku ?
Internetowe biura podróży starają się na różne sposoby inspirować klientów, podsuwając im dodatkowe treści. Na takich stronach przeczytamy opisy ciekawych miejsc, relacje innych podróżników czy często innych klientów, opisujących jak to cudownie było w danym miejscu. Starają się też, upraszczać proces zakupu/wyszukiwania. Nie zawsze to jednak działa jak trzeba. Z ciekawości wpisałem w box “na skróty”, na stronie Travelplanet, słowo “rzym” i otrzymałem propozycję trzech wycieczek do… Izraela. Przyznam jednak ze przy innych zapytaniach było OK.
 Travelocity Search on Map
Dobry przykład szukania sposobu na inspirowanie to amerykański serwis Travelocity i jego zestaw narzędzi “Deals Toolkit”. Wyraźnie widać, że chcą, żeby klient od decyzji, że w ogóle chce wyjechać, przez wszystkie etapy poszukiwania i planowania, korzystał tylko z ich serwisu. W tym celu, ostatnio, Travelocity przygotował kilka narzędzi, które mają zaowocować falami nowych klientów. To co szczególnie widać, to dbałość o forme graficzna zaprezentowanych narzędzi. Widać również, że starano sie uprościć proces wyszukiwania informacji.
Ci z klientów, którzy szybko są znudzeni przeglądaniem dziesiątków stron w wynikach wyszukiwania, na pewno będą usatysfakcjonowani. Tutaj wszystko, nie tylko jest ładnie zaprezentowane ale również w ciekawy sposób działa.
Czy to zadziała ? Myślę że tak. Jak już wielokrotnie pisałem, wierzę że każdy sposób na wyróżnienie się z tłumu innych internetowych biur podróży jest dobry. A jeżeli jest to sposób upraszczający wyszukiwanie i zakupy, na dodatek ubrany w ładną formę, to jeszcze lepiej. Jak podaje samo Travelocity, mimo braku kampanii reklamującej nowe narzędzia (opublikowane w połowie grudnia), sama aplikacja desktopowa została pobrana już ponad 3000 razy.
Widać że takie rozwiązania to z pewnością spora inwestycja finansowa. U nas, w kraju, pewnie nie szybko doczekamy się podobnych serwisów. Mam na myśli nie tylko pomysł na narzędzia ale i rozmach z jakim są przygotowane. Myślę jednak, że jest to nieunikniony kierunek rozwoju. Niech nawet sam proces szukania zaciekawi klienta.
Continue reading...
 Street View w Pompejach
Usługa Google Street View zawitała niedawno już nie tylko na nowoczesnych arteriach najważniejszych miast XXI wieku. Teraz możemy przejść wirtualny spacer po uliczkach, które lata świetności mają już dawno za sobą. Mowa o starożytnych italskich Pompejach.
W sumie nadal jest to klasyczne Street View. W końcu ulica to ulica, nie ważne ile ma lat.
Już dawno pojawiło się wiele prób (mniej lub bardziej udanych), pokazania w internecie ciekawych miejsc, w formie zbliżonej do prawdziwego zwiedzania. Na niektórych stronach, ciągle można natknąć się na toporne trochę aplikacje w formacie np. SWF (Flash), umożliwiające coś w rodzaju spaceru po zabytkowej okolicy. Brakowało jednak standardu i prostoty obsługi.
 Street View w Pompejach mobilnie
Google ze swoja usługa Street View wchodzi teraz również w tą strefę. Już nie przemierza wyłącznie szlaków pokrytych asfaltem. Dzieki temu, poszukiwania interesujących miejsc a następnie ich wirtualne zwiedzanie, bedziemy mogli ropocząć w sposób najbardziej intuicyjny, czyli od mapy. Oczywiście to przyszłość, na razie mamy zaledwie przedsmak w Pompejach. Nie wierze jednak, że Google tego nie wykorzysta.
Nadal jest sporo miejsc, podobnie jak Pompeje “na wolnym powietrzu”, gdzie można zastosować Street View ale technologia aż się prosi o wejście do wnętrz.
Jest tylko jeden problem, który jak sobie wyobrażam, pewnie będzie największą barierą “zejścia” z ulic. Czy zarabiające na realnych turystach instytucje będą chciały podzielić sie swoimi skarbami zupełnie za darmo z wirtualnym turystą ? Czy nie będą obawiać się, że ktoś kto na swoim 50 calowym telewizorze wirtualnie przespaceruje się po paryskim Luwrze, nie będzie chciał już realnie go odwiedzić ? Na pewno będą (może już są) takie obawy. Daleko zresztą nie trzeba szukać. Przeczytajcie sobie chociażby, to jak chroni domenę, którą zarzadza Muzeum Archeologiczne w Biskupinie. Nie wierzę, że (obym sie mylił) przespaceruję sie kiedyś wirtualnie po Biskupinie. To znaczy, może się przespaceruję ale nie na najchętniej odwiedzanych mapach Google.
Tak czy inaczej, czekam teraz na spacer po np. Dolinie Królów albo Zakazanym Mieście. Ma nadzieje że nie długo :)
Continue reading...
|
24 lutego 2010
1 Comment